Stefan Piosik – Fotografie z Australii i Oceanii

SYDNEY
HARBOUR BRIDGE
OPERA HOUSE

W Australii i Oceanii
Wiele słyszałem o Australii jako kontynencie, o jego przyrodzie i ludziach, o obszarze, który jest tylko trochę mniejszy od Europy. To wytworzyło we mnie ciekawość i wielką chęć wyjazdu tam i zobaczenia tego świata na własne oczy. Podróż, o której zawsze marzyłem, odkładałem kilka lat, bo przecież odległość do Australii jest ogromna np. wyspy archipelagu Vanuatu obok Nowej Kaledonii, gdzie byliśmy 12 dni, dzieli od Paryża 16,7 tys. km więc i czasu trzeba poświęcić więcej. Wreszcie, gdy u nas królowała szara zima, odlecieliśmy samolotem z Warszawy (z międzylądowaniem w Dubaju) do Sydney. Na miejscu byliśmy po 30 godzinach. Ten wyjazd zaplanowałem dwojako: na wodzie i na lądzie. Najpierw przez 12 dni pływaliśmy po Oceanie Spokojnym, a potem wróciliśmy na kontynent, by przez dziesięć dni camperami (autami z możliwością skromnego przenocowania) poznawać życie Australii i jej mieszkańców.

Na Lądzie
Objazd kontynentu zaczęliśmy od największego miasta Australii, którego aglomeracja wynosi 4,5 mln, podczas gdy cała ludność kraju 22 mln. To Sydney. Położone między Pacyfikiem a Górami Błękitnymi powstało w 1788 r. Jego część stanowi Port Jackson, największa naturalna zatoka (55 km kw.), a także liczne plaże (około 100), w tym słynna Bondi Beach. Nadmorskie promenady kuszą plażami, które bywają zabezpieczone siatkami chroniącymi przed rekinami, jak np. na pięknej plaży w Manly. Kultowym miejscem, do którego zdążają turyści z całego świata jest Opera House, ulokowana w pobliżu Harbour Bridge jednego z największych na świecie mostów łukowych (rozpiętość 496 m) zbudowanego w 1932 r.
Wokół Opery, która z założenia spełnia funkcję kulturową, tętni życie turystyczne. Robi to wrażenie na przybyszach zarówno w dzień, jak i w nocy, dzięki oświetleniu, które podkreśla nowatorską bryłę wpisującą się w panoramę miasta. To wrażenie na zawsze pozostaje w pamięci i nie tylko podkreśla akcent stricte architektoniczny, ale buduje markę miasta, ściągając rzesze cudzoziemców z całego świata. Będąc w Sydney, nie można pominąć słynnego miejsca upamiętniającego australijskie siły zbrojne z I wojny światowej, czyli ANZAC War Memorial. Pomnik znajduje się w Hyde Park, dzielnicy biznesowej na wschodnich obrzeżach miasta. Istotnym akcentem stolicy kontynentu jest katedra Najświętszej Maryi Panny. To największy kościół Australii, wybudowany w stylu neogotyckim (od 1930 r. Bazylika mniejsza), dwukrotnie odwiedzany przez papieża Jana Pawła II. Sydney to jedno z tych miast świata, które mają swoją wieżę. Tower została otwarta w 1981 r. i mierzy 309 m wysokości. Jej oszklona kopuła pozwala upajać się widokiem panoramy. Podobne miejsca widziałem m.in. w Toronto w Kanadzie, w New Yorku, Paryżu, Barcelonie, Berlinie i teraz w Sydney. Po dwóch dniach spędzonych w Sydney camperami ruszyliśmy do Brisbane. Lewostronny ruch okazał się dla nas pierwszym szokiem. Trzeba się było do tego szybko przyzwyczaić. Na szczęście, poszło nam doskonale, bo w ciągu 12 dni nie zaliczyliśmy nawet zadrapania na żadnym z pięciu samochodów. To niebywałe osiągnięcie, bo przecież nie tylko jechaliśmy autostradą z miasta, ale też zjeżdżaliśmy z niej, parkowaliśmy, cofaliśmy, jeździliśmy przez lasy.

 

KATEDRA NMP
ANZAC WAR MEMORIAL
TOVER SUDNEY

Jaskinie
Nasza trasa wiodła przez Góry Błękitne porośnięte w przeważającej części drzewami eukaliptusowymi, z których wydziela się charakterystyczny delikatny olejek. Przez to, przy częstych opadach i lekkich mgłach sprawiają wrażenie, że są błękitne. Stąd nazwa gór, w których odkryto i objęto ochroną parku narodowego jaskinie. Noszą nazwę Jenolan Caves, jest ich około 300 i są najstarszymi otwartymi jaskiniami na świecie. Liczą ok. 340 mln lat. Wchodzi się do nich korytarzami wykutymi wewnątrz, dobrze oświetlonymi, dzięki czemu stanowią największą atrakcję turystyczną Australii. Oprowadzający wycieczki przewodnicy przekazują imponującą, niemal naukową wiedzę. Do jaskiń, które ciągną się na długości 6 km, prowadzą korytarze. Wysokość jaskiń sięga od kilku do kilkudziesięciu metrów. Ich wnętrza wypełniają formacje krasowe takie jak: zwisające stalaktyty, heliktytowe nacieki o fantazyjnych formach drzewiastych czy też stalagnaty przyjmujące formy kolumn. Jeśli przyjąć, że 1 cm takiego nacieku odkłada się w ciągu stu lat, łatwo uświadomić sobie, że to dzieło natury kształtowało się przez miliony lat. To doświadczenie wywarło na mnie wyjątkowe wrażenie i pozostawiło niebywałe wspomnienia. Skłoniło do refleksji nad niewyobrażalnie długim czasem, jaki minął w historii ludzkości i nad przemijaniem. My Europejczycy, zwykliśmy wszystko odnosić do naszego gregoriańskiego kalendarza, a przecież jaskinie dowodzą, że coś było już dużo wcześniej i tworzyło się przez bardzo wiele lat. Takie zderzenie człowieka z rzeczywistością musi wywołać przemyślenia. Oczywiście, nie tylko dotyczące życia. Ale gdy chce się zgłębić naturę, wtedy budzi się świadomość, że jest ona nierozerwalnie związana z czasem. W tym kontekście to, czym zajmujemy się dziś w świecie polityki, wypada mizernie.

GÓRY BŁĘKITNE
JASKINIA JELONAN CAVE
WINNICE

Winnice
Opuściliśmy Góry Błękitne. Przed nami otwarte przestrzenie. W terenie pagórkowatym podobnym trochę do krajobrazu województwa lubuskiego, trochę do regionu bieszczadzkiego, spostrzegliśmy olbrzymie tereny zamknięte grodzeniami, w których pasie się domowe bydło: krowy, owce, konie. Tych jest bardzo wiele, ale nigdy zaprzęgniętych do wozu, tylko zwykle używanych do jazdy wierzchem. W rejonie wschodnim nie wiedziałem pól uprawnych ze zbożami czy roślinami okopowymi, co było dla mnie sporym zaskoczeniem.
Na tych pagórkowatych stokach rozsiadły się winnice. Dzięki nim przez ostatnie lata australijskie wina stały się dla producentów z Europy znaczącą konkurencją. Ich powstanie stworzyło korzystniejsze warunki ekonomiczne dla farmerów i stało się ważnym elementem, który odkrywa Australię na zewnątrz w globalnym handlu. Także napoje wytwarzane tam z owoców są smakowite. Szczególnie, gdy nastaje piękny wieczór w temperaturze 28 stopni z perspektywą wolnego czasu.
Zwiedziliśmy trzy winnice, w których podejmowano nas winami, od wytrawnych do słodkich, przez białe, różowe i czerwone. Z możliwością zakupu. W mojej ocenie były to dobre wina, ale przecież każdy ma swój smak. Z uwagi na kontrole na lotniskach, nie wywieźliśmy stamtąd żadnego alkoholu.

TRZY SIOSTRY
WODOSPAD
LATARNIA

Góry, morze i plaże
W Górach Błękitnych natknęliśmy się na wodospady, uskoki skalne, wypiętrzenia.
Na terenie stanu Nowa Południowa Walia, około 100 km od Sydney, znajduje się formacja skalna Trzy Siostry, która dominuje nad resztą przestrzeni. Położona u wlotu do doliny Jamison Valley, składa sie z trzech skał: Meehni, Wimlah i Gunnedoo każda ponad 900 m n.p.m. Powstały w wyniku erozji piaskowca.
Obok gór, wrażenie na turystach robią urokliwe piaszczyste plaże, przerywane formami skał wulkanicznych. W utworzonym w ten sposób pięknym miejscu człowiek czuje się bezpiecznie. Ku naszemu zdziwieniu, te plaże są w małym stopniu oblegane, gdyż nie ma tam ludzi. Za to otaczająca roślinność i różnorodność oraz aktywność ptaków zachwyca.Korzystając z okazji, popłynęliśmy łodzią na morze.
Łowiliśmy kolorowe ryby rafy koralowej. Jeden z kolegów miał szczęście, gdyż trafił na słynnego błękitnego marlina. Duże wrażenie zrobiła na nas latarnia morska, gdy uświadomiliśmy sobie, że znajduje się w najbardziej wysuniętym na wschód punkcie kontynentu australijskiego. Z kolei słynne Gold Coast (czyli Złote Wybrzeże) i miejscowość o tej nazwie jest naszpikowana hotelami, pensjonatami i apartamentowcami wynajmowanymi turystom z różnych krajów świata.
Co ciekawe, tam na specjalnie usypanej wyspie swoją willę posiada najbogatszy człowiek świata Bill Gates.

WILLA BILLA GATESA
WYPLATANIE WIEŃCA
MUZYKANT
MAORYS
ŁOWCA ŻÓŁWI
MYZYKANCI

Ludzie
Na kontynencie australijskim mieszka 22,5 mln ludzi, z tego 100 tys. aborygenów, którzy mają specyficzny sposób myślenia. Według nich człowiek powinien dbać tylko o dzień dzisiejszy i to, co jest mu konieczne do życia. Jeśli w Australii panują temperatury między 25 a 40 stopni, to wystarczy, że zbuduje sobie dom z liści i gałęzi, i nie rozumie, po co białym w miastach tak wysokie wieżowce.
Nie rozumie też, po co robią zapasy. Aborygeni uważają, że wystarczy zjeść to, czego potrzebują dziś, a jutro znów upolują lub zdobędą strawę. Wiedzą, że natura daje tyle, by wystarczyło bez konieczności robienia zapasów. Nie martwią się o jutro, bo przecież nie zabraknie i ryb, i małży, i ptaków, a panujące temperatury nie wymuszają na nich jedzenia tłustych posiłków, bowiem nie tracą energii. Stąd świat białych ludzi i starych mieszkańców Australii to dwa odmienne światy i dwie zupełnie różne filozofie. Miłośnicy natury żyją jak zagubione istoty, bez potrzeb duchowych wyższego rzędu. Ich potrzeby ograniczają się do metody: żyj tak, aby przetrwać. Jednak, choć związani ściśle z naturą i korzystający z tego, co ona wytwarza, zaczynają korzystać z cywilizacji.
Ich czysty związek z przyrodą nieco się zmienia i nierzadkim obrazkiem jest widok Coca Coli, która dociera nawet do najodleglejszych wysp Oceanii. W czasie pobytu na wyspach tubylcy prezentowali nam swoją kulturę w czasie specjalnych pokazów. Zetknąłem się z tym, że muzykę wydobywają np. z palmowych kijów napełnionych wodą. Wtedy ilość wody decyduje o jakości i wysokości dźwięku, który powstaje poprzez uderzanie w otwór ręką. Do muzyki używa się też butelek od czasu, gdy zostały wynalezione. Przy takich instrumentach odbywają się śpiewy i tańce. Prawdopodobnie spontanicznie. Ci wolni ludzie tańczą i śpiewają, gdy tego chcą. Zobaczyliśmy też, że do obrony służył im zaostrzony kij nie mieli metalu, bo nie znali technologii jego wytwarzania a sznurek robili z włókien rośliny.
Z pewnością jakieś formy prostego rzemiosła są, ale niewidoczne. Nie istnieją u nich takie pojęcia jak „wytworzyć” czy „sprzedać”.
Jeśli coś wyplatają, robią to dla siebie, nie na handel. Stąd brakuje ich rodzimej wytwórczości, a na targowych stoiskach królują wyroby chińskie. Sami co najwyżej zajmują się ozdobami z palmowych liści, muszli czy koralików. Ludziom, którzy wszystko sprowadzają do przetrwania z dnia na dzień, bardzo trudno znaleźć się w warunkach naszej cywilizacji, bo choć nadaje ona człowiekowi prawa, to nakłada na niego również obowiązki. Tu podział obowiązków istnieje w rodzinie. Kobieta zajmuje się gotowaniem i wychowaniem dzieci, a mężczyzna myślistwem i rybołówstwem. Wykorzystuje specjalne kosze do łapania ptaków i siatki do owadów oraz dzidy bez metalowego ostrza. Kuchnia wyspiarska jest wegetariańska, z małą ilością zwierzęcego białka. Owoce dostarcza natura w takim czasie, w jakim je rodzi. Nie ma tam zimy, więc jeden gatunek drzewa kończy owocowanie, a drugi zaczyna. Magazynem jest las. Nikt nie zbiera owoców na zapas. Człowiek wraca, gdy ich potrzebuje. Australia i Wyspy Nowej Kaledonii to cywilizacja z zorganizowaną opieką medyczną. Na wyspach nie widziałem jednak ani ośrodków zdrowia, ani innych placówek medycznych. W razie potrzeby mieszkańcy wykorzystują naturalną medycynę. Np. czerwony liść pocierany i ugniatany wytwarza substancję wykorzystywaną do leczenia skaleczeń. Inne zioła służą np. do likwidacji bólu brzucha.
Panuje tam prosta medycyna oparta na doświadczeniu, tysiącletniej praktyce i znajomości przyrody. Na wyspach ludzie wciąż żyją w sposób naturalny, ale też coraz częściej z turystów, bo to oni dostarczają pieniądze za prezentowanie im tradycji.
Dla turysty to folklor, za który płaci.
Coraz częściej prosty świat i jego zwyczaje odchodzą do historii. Nawet na łowienie ryb dowożono nas łodzią motorową, a nie zwykłą dłubanką, jak było do niedawna. Jak będzie wyglądało życie wyspiarzy w przyszłości? Czas pokaże. Bez wątpienia zmiany cywilizacyjne są już widoczne na co dzień.

Wystawa fotografii: “Z Austaralii i Oceanii”
prezentowana od 13 czerwca do 15 lipca 2014r.
Katalog i zdjęcia wystawowe: Stefan Piosik

Wydawca katalogu: Gorzowskie Towarzystwo Fotograficzne
ISBN: 978-83-935459-4-0

Tekst: Stefan Piosik
Redakcja: Hanna Kaup
Opracowanie katalogu: Marian Łazarski
Kurator wystawy: Marian Łazarski

ZESPÓŁ FOLKLORYSTYCZNY
SPRZEDAWCA PRZYSMAKÓW
WĘDKARSKI ZACHÓD

Stefan Piosik podróżnik, myśliwy, fotograf. Od 2011 r. honorowy członek Gorzowskiego Towarzystwa Fotograficznego. Od 1978 r. realizuje swoje podróżnicze marzenia, często jadąc w miejsca, w których poza zwierzyną bardzo rzadko pojawia się człowiek. Na wędrówki w najodleglejsze zakątki świata zabiera ze sobą aparat fotograficzny. Dzięki modelowi Nikona D 7000 z różnymi obiektywami,utrwala swoje przeżycia nie tylko na fotografiach, ale i filmach.
Dotąd wydał 24 fotoksiążki:
Rosja – po bezdrożach Czukotki
Czy jeszcze zobaczę taką Afrykę?
Barwy Afryki
Grenlandia
Kanada Jukon
Rosja – Nad Zalewem Rybińskim
Od Iławy do Bałtyku
W buszu Zimbabwe
W krainie baobabów
Wśród największych zwierząt Afryki
Włodzimierz Korsak na Ziemi Gorzowskiej
Kanada – Biała cisza północy
Na brzegach dwóch oceanów
W Ameryce Środkowej
Kanada – W puszczy i na wodzie
Muzeum przyrodniczo-myśliwskie w Uzarzewie
W Brazylii i Urugwaju
W Argentynie, na Falklandach, Przylądku Horn i Chile
Śladami Jezusa Chrystusa
Alaska 2012- latem
Po taaaaką rybę na Madagaskar
W cieniu palm
Australia
Na Pacyfiku